wtorek, 17 lipca 2012

Zapachy bielistości






Właśnie taki mógłby być zapach księżyca.

Zabielony topniejącymi w palcach drobnymi płatkami śniegu, z których żaden 
się nie powtarzał.
Mógłbym przysiąc, że widziałem niepowtarzalny wzór każdego z nich, w tym krótkim ułamku sekundy przed dotknięciem moich dłoni.

Zapach przywodził mi na myśl dzieciństwo. Ciskanie się śnieżkami. Gdy któraś z nich trafiała we mnie, wtedy właśnie rozchodził się ten zapach.
Było w nim coś pochodzącego ze zmarzniętej ziemi. Zaraz potem, można było odnaleźć w nim coś, co mogło być zapachem przemoczonych od śniegu rękawiczek; zapach bawełny zmieszany z zimowym zapachem śniegu.

Ale było coś jeszcze.

Coś, co sprawiało, że spojrzenie bezwiednie wędrowało w stronę wiszącego nisko nad ziemią księżyca, który zdawał się pełnić straż na czystym, granatowo-szarym niebie.
Gdyby księżyc miał być częścią śnieżnego bałwana, to wystarczyłoby tylko ulepić jeszcze dwie kule. Jedna stałaby się głową, druga zastąpiłaby mu nogi. Trzeba by jeszcze poszukać parę gałęzi, patyków, marchewki, może kawałków węgla, jakiś garnek i bałwan byłby gotowy. Dla rozweselenia rozkrzyczanych dzieci biegających we wszystkich kierunkach.

Zapach pochodził z chłodnej krainy. Z pewnością miał w sobie wiele minionych lat. Teraz odradzał się, powstawał z zamierzchłych, zamkniętych już rozdziałów
przeszłości. Był jak napotkane nagle odbicie w lustrze, które przywołało czyjąś znajomą twarz. Stawał się reminiscencją przywracającą krążenie w zmarzniętych palcach, podekscytowaniem, za którym tęskniło się przez wiele lat. Zapach mógł mieć w sobie aromaty zasuszonych roślin; każda z nich mogła w nim rozkwitnąć, choć nie było możliwe dotknięcie jej płatków lub zasmakowanie owocu.

Zapach mógłby stać się ubiorem dla ciała. Otuleniem wskrzeszającym je z długiego snu. Przywołaniem do świata żywych. Na przekór wszystkim innym mieszającym się zapachom, które dochodzą z każdego miejsca. Mógłby stać się delikatną tkaniną, której dotyka się opuszkami palców. Którą oddycha się i z której pragnie się zaczerpnąć emocji wymykających się z ram upływającego czasu.

Zapach pojawiał się za każdym razem, gdy sen kończył się. Stawał się pomostem łączącym senne marzenia ze światem jawy. A potem odchodził... Może porywał go delikatny strumień powietrza, wpadający do pokoju przez uchylone okno? Może rozmywał się w przestrzeni, przez którą ktoś przeszedł i rozproszył go własnym zapachem? A może postanowił pobiec dalej, gdzieś do serca łąki tętniącej brzęczeniem owadów, gdzieś po środku skwarnego lata?

Czasami pozostawał na wgnieceniu poduszki lub na pościeli.
Albo na dłoniach.
Ale trwało to bardzo krótki czas.



O wiele krótszy niż pełnia księżyca...














2 komentarze:

  1. http://www.youtube.com/watch?v=ZpA0l2WB86E

    A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Brakuje słów, bo wszystko zostało już napisane powyżej i wyrażone w fotografiach. Wspaniałe

    M.

    OdpowiedzUsuń